Archiwa kategorii: Thriller/Kryminał

Katarzyna Puzyńska – „Motylek”

W mroźny zimowy poranek na skraju mazurskiej wsi zostaje znalezione ciało zakonnicy. Początkowo wydaje się, że kobietę potrącił samochód. Szybko okazuje się jednak, że ktoś ją zabił i potem upozorował wypadek. Kilka dni później ginie kolejna osoba. Ofiary nie wydają się być ze sobą w żaden sposób związane.

Zaczyna się wyścig z czasem. Policja musi odnaleźć mordercę, zanim zginą następne kobiety.
Śledztwo ujawnia tajemnice mrocznej przeszłości zakonnicy, przy okazji odkrywając też mniejsze lub większe przewiny mieszkańców sielskiej – tylko na pozór – miejscowości.

226658-352x500

Jeszcze do niedawna nazwisko autorki nic mi nie mówiło, ot, kolejna polska autorka, do przeczytania „kiedyś tam”. Niezawodna Lolanta zaproponowała jeden z jej tytułów na listę Pingerowego Klubu Książki i to był strzał w dziesiątkę! Uwielbiam takie kryminały, a w trakcie czytania przewijały mi się głównie dwie myśli – „To jest polskie!” i „To naprawdę nie jest Jo Nesbo?”.

Choć przyznam, że początkowe rozdziały były tak bardzo typowe – rozwiedziona kobieta wyjeżdża do małego miasta, gdzie znajduje miłość/wplątuje się w kłopoty/jest uczestnikiem jakiejś grubszej sprawy. Tutaj mamy do czynienia z martwą zakonnicą, a tajemnicę jej śmierci próbuje rozwiązać czterech specyficznych policjantów z miejscowego posterunku. Wszystko wskazuje również na to, że w sprawę zamieszana jest bardzo bogata rodzina, w której każdy ma coś za uszami.

Książka przeplatana jest „flashbackami” z przeszłości, gdzie poznajemy historię tytułowego „Motylka” i coraz lepiej rozumiemy, co nim kierowało i jaki związek z zabójstwem zakonnicy miał syn lekarza. Nabiera tempa w momencie drugiego zabójstwa, którego trochę można się spodziewać, tak irytująca postać aż prosiła się o usunięcie.

Do tego wszystkiego Weronika i jej dworek, który wymaga renowacji, koń Lancelot.

Wypieki pani Podgórskiej, która trochę matkowała posterunkowym i wprowadzała rodzinną atmosferę.

Komisarz Klementyna Kopp, o której nie mogę nie wspomnieć! Jej „Ok, spoko, ale!” doprowadzało mnie do szału, choć była jedną z najbardziej wyrazistych postaci.

Każdy rozdział zostawiał za sobą pewien suspens, wątpliwość i pod osobę mordercy mogłam dopasować praktycznie każdego bohatera książki. Do końca nie rozszyfrowałam kto zabił, więc duży plus dla pani Puzyńskiej, a ja z pewnością nadrobię jej serię.

Moja ocena: 8/10

***

Książka przeczytana w ramach Książki miesiąca na Pingerowym Klubie Książki.

 

James Patterson, Michael Ledwige – „Terror na Manhatttanie”

Nowy Jork terroryzuje seryjny zabójca. Doskonale posługuje się bronią krótką, co chwila zmienia wygląd zewnętrzny, a jego idolem jest Tom Cruise. Sprzedawca w luksusowym sklepie Ralpha Laurena, kierownik sali w klubie 21, stewardesa Air France, bogaty fotograf mody, prawnik, para policjantów… Rośnie lista ofiar zbrodni popełnionych w tych częściach miasta, które przyciągają najbogatszych i najbardziej znanych. W skierowanym do mediów `manifeście misji` morderca podpisujący się `nauczyciel` ostrzega: mieszkańcy metropolii otrzymają lekcję szacunku do drugiego człowieka, a karą za niewłaściwe zachowanie będzie śmierć. Zadanie powstrzymania psychopaty otrzymuje detektyw Michael Bennett – człowiek, który nie tylko wie, jak radzić sobie z dziennikarzami, ale ma doświadczenie w walce z terrorystami. Ma też problemy osobiste: po śmierci żony opiekuje się dziesiątką adoptowanych dzieci, które właśnie dopadła infekcja grypy. Bennett łączy pozornie niepowiązane ze sobą fakty, dostrzega pewne prawidłowości wskazujące na tożsamość zabójcy, organizuje zasadzkę i… Sam wpada w ręce przeciwnika. Okazuje się, że policja podążała fałszywym tropem…

352x500 Opis książki zdradza większość fabuły, ale i tak czytało się ją niesamowicie dobrze – zasługą tego była duża czcionka i krótkie rozdziały. Głównym bohaterem jest policjant wydziału zabójstw, młody wdowiec i ojciec dziesiątki (!) adoptowanych dzieci – Michael Bennett. Przeżywa on ciężki okres – jego dom zamienił się w poligon i szpital w jednym, za sprawą panującego wirusa grypy. Nowy Jork zaatakował także inny wirus – seryjny morderca uderza w różne miejsca, mordując niezwiązane ze sobą osoby. Co mają ze sobą wspólnego sprzedawca w eleganckim sklepie i francuska stewardessa?

Zaskakujące zwroty akcji i oszałamiające tempo to plusy tej powieści. Czytało się ją jak dobrze skonstruowany odcinek CSI – nie było tutaj czasu na nudę i poboczne wątki, wszystko związane stricte ze śledztwem.

Czy jest to jednak dobra pozycja? Niestety nie. Dobra rozrywka na jeden wieczór, ale nie zapadnie w pamięć dłużej, niż zwyczajny odcinek serialu kryminalnego. Nic odkrywczego i przykuwającego na dłużej.

Remigiusz Mróz – „Kasacja”

Manipulacje, intrygi i bezwzględny, ale też fascynujący prawniczy świat…
Syn biznesmena zostaje oskarżony o zabicie dwóch osób. Sprawa wydaje się oczywista. Potencjalny winowajca spędza bowiem 10 dni zamknięty w swoim mieszkaniu w towarzystwie ciał zamordowanych osób.
Sprawę prowadzi Joanna Chyłka, pracująca dla bezwzględnej, warszawskiej korporacji. Nieprzebierająca w środkach prawniczka, która zrobi wszystko, by odnieść zwycięstwo w batalii sądowej. Pomaga jej młody, zafascynowany przełożoną, aplikant Kordian Oryński. Czy jednak wspólnie zdołają doprowadzić sprawę do szczęśliwego finału?
Tymczasem ich klient zdaje się prowadzić własną grę, której reguły zna tylko on sam. Nie przyznaje się do winy, ale też nie zaprzecza, że jest mordercą.
Dwoje prawników zostaje wciągniętych w wir manipulacji, który sięga dalej, niż mogliby przypuszczać.

360974-352x500 Czy ja kiedykolwiek przeczytam fajną książkę przed wszystkimi, a nie jako jedna z ostatnich, kiedy już wszystko na temat danej pozycji jest powiedziane, dyskusje się powtarzają, a widząc okładkę nawet nie czytasz kolejnej recenzji na  jej temat? Nie wiem, prawdopodobnie nie, bo automatycznie odgradzam się od popularnych pozycji (chyba, że mnie interesują i nie muszę się przekonywać, czy jednak będzie fajnie), do dzisiaj nie przeczytałam nawet Pottera..

Ale ta książka mnie zainteresowała samym opisem, bo bardzo przypomina mi ludzi z mojego otoczenia, co mnie z czasem zaczęło irytować, bo to tak, jakby ktoś z pracy napisał w tajemnicy książkę, a Ty z każdą kolejną stroną odnajdujesz kogoś znajomego.. Creepy.

A co mam do powiedzenia o samej książce? Zacna pozycja, zacna. Cieszy to, że polskiego autora, wartka akcja, zdecydowanie zarysowani bohaterowie (czy wszystkie Joanny to twarde sztuki? Zapewniam, że tak!), ale do czegoś chciałabym się przyczepić.- nie podoba mi się ten erotyczny podtekst między Chyłką, a Zordonem.. Nie wiem dlaczego, ale podczas lektury miałam wrażenie, że byłyby niezłe jaja, gdyby Zordon spiknął się z.. Kormakiem! 😀 Druga rzecz, która średnio mi się podobała, to zakończenie – ok, nie spodziewałam się takiego, ale samo wyjaśnienie intrygi jakoś mnie nie przekonało.. Za szybko i za prosto, panie Mrozie! Trzecia rzecz, która mnie wkurza, to to, że autor jest tylko dwa lata starszy ode mnie i pisze takie świetne powieści, co znaczy, że gdybym się nie opierdalała, to swoją książkę też bym już może napisała, o.

PS: Wiedziałam, co to kasacja, a tekst o kurwie i balonie jest jednym z moich ulubionych!

Jeffery Deaver – „Kolekcjoner kości”

Lincoln Rhyme to jeden z najwybitniejszych kryminalistyków na świecie. Od czasu tragicznego wypadku jest sparaliżowany od szyi w dół. Przykuty do łóżka planuje samobójstwo, gdy od swojego dawnego partnera z policji otrzymuje propozycję, której nie może odrzucić…

Kolekcjoner Kości – morderca i porywacz mający obsesję na punkcie starego Nowego Jorku – zostawia wskazówki, które tylko Lincoln Rhyme może odszyfrować. W wyznaczonym czasie, dzielącym od śmierci kolejne ofiary, Lincoln Rhyme i Amelia Sachs – policjantka, która jest jego rękami i nogami – starają się znaleźć miejsca ukrycia porwanych, korzystając ze wskazówek podrzuconych przez Kolekcjonera Kości.

Powoli kryminalistyk zawęża krąg poszukiwań wokół porywacza. Jednak okazuje się, że Kolekcjoner Kości ma swoje plany i zaciska pętlę wokół Lincolna Rhyme’a…

372558-352x500

Książkę przeczytałam jednym tchem lata temu, a w pamięci utrwalił mi się dzięki ekranizacji z Denzelem Washingtonem jako Lincolnem Rhymem i Angeliną Jolie jako Amelią Sachs. Potwierdzeniem tego, że jest to świetna pozycja jest fakt, że przeczytałam ją drugi raz tak, jakbym od nowa odkrywała intrygę i śledziła fascynującą relację, która połączyła sparaliżowanego geniusza kryminalistyki i nieopierzoną policjantkę. Świetną okazją do powtórzenia lektury był terminarz Pingerowego Klubu Książki, bo jest to właśnie piąta pozycja w tym roku, którą czytamy wspólnie.

Historia rozgrywa się w Nowym Jorku zaledwie przez trzy dni. Brutalny szaleniec porywa i morduje mieszkańców tego miasta, zostawiając wszędzie wskazówki, które może rozszyfrować tylko Lincoln Rhyme. Pierwszą ofiarę odkrywa ostatniego dnia patrolowej służby Amelia Sachs, która imponuje Lincolnowi przytomnością umysłu i działaniami na miejscu zbrodni. Zostaje w ten sposób wciągnięta w sprawę trochę wbrew sobie – dociera tam, gdzie genialny kryminalistyk nie może dotrzeć. Podobna przeszłość i charaktery przyciągają ich ku sobie, tworząc subtelne napięcie, które podkręca ich relację. Autor nie przesadza jednak z wątkami pobocznymi i nie rozbudował wątków osobistych bohaterów, skupiając się na szalonym tempie śledztwa.

To, co zwróciło moją uwagę, to obszerna wiedza z dziedziny kryminalistyki, którą przekazuje nam Deaver w przystępny sposób. Jest tutaj opis technik oraz akcesoriów, którymi posługują się śledczy, odkrywamy razem z nimi kolejne wskazówki, które pozostawił morderca i czujemy się tak, jakbyśmy tam byli i razem z Amelią wskakiwali do tunelu, by zdążyć z pomocą. Powieść nie jest jednak brutalna, nie ma w tej pozycji opisów morderczych praktyk, a jedynie bardzo głęboka psychologia postaci, co ekscytuje i wciąga w ten sposób, który nie pozwoli nam oderwać się od pozycji, dopóki nie dowiemy się, jak skończy się ta gra.

Kolekcjoner Kości przyjrzał się jej wystającemu obojczykowi. Podczas gdy inni mężczyźni patrzyliby na jej piersi, on wpatrywał się w mostek z odchodzącymi od niego – jak kończyny pająka – żebrami.
– Co robisz? – zapytała, wciąż oszołomiona po uderzeniu w głowę.
Kolekcjoner przyjrzał się jej uważnie, ale nie zwrócił uwagi, że jest młodą anorektyczką; że ma zbyt szeroki nos i zbyt pełne usta oraz skórę o barwie brudnego piasku. Pod tymi niedoskonałościami widział nieskończone piękno szkieletu. 
Dotknął jej skroni, lekko przycisnął. Nie pozwól, aby była złamana. Proszę…

Podobało mi się nawiązywanie do starej historii Nowego Jorku, wracanie do starych ulic i dzielnic. Tytułowy Kolekcjoner kości fascynuje i inspiruje się historią dawnego nowojorskiego mordercy, Jamesa Schneidera, co sprawia, że historia współczesna miesza mu się z obrazem starego miasta, miewa halucynacje i używa starych wyrażeń (policjanci to konstable, auto to powóz).

Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że to jeden z najlepszych thrillerów, jakie w życiu przeczytałam, a przeczytałam ich dużo. Ba! Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że to jeden z najlepszych thrillerów, jakie powstały. Mamy tutaj wszystko, co pozwala mi wywyższać tak tę książkę – nie ma długich i nudnych opisów śledztwa, niepotrzebnego i rozbijającego fabułę wątku miłosnego, wszystko jest spójne, a każda wskazówka prowadzi nas do następnego etapu śledztwa. Narracja jest płynna, a historia przemyślana i zgłębiona do cna. Według mnie powieść jest napisana w sposób spektakularny, a i  ekranizacja niczym jej nie ustępuje.

Denzel Washington w roli Lincolna Rhyme’a jest przekonujący – rozżalony, upierdliwy i piekielnie inteligentny. Trailer filmu to stara szkoła trailerów i z pewnością film także sobie odświeżę.

Moja ocena: 9/10

Gillian Flynn – „Ostre przedmioty”

Reading Challenge 2015 – A popular author’s first book – Gillian Flynn „Sharp objects”

Camille Preaker po krótkim pobycie w klinice psychiatrycznej wraca do pracy reporterki w „Daily Post” i otrzymuje zlecenie na artykuł o tajemniczych zabójstwach dwóch małych dziewczynek w jej rodzinnym miasteczku.

Z niechęcią wraca do wspaniałej wiktoriańskiej rezydencji, w której się wychowała, gdzie zaczyna ją prześladować wspomnienie tragedii z dzieciństwa. Stara się odkryć prawdę o brutalnych zbrodniach. Wszystkie tropy prowadzą jednak w ślepą uliczkę i zmuszają Camille do rozwikłania zagadki własnej przeszłości, której musi stawić czoło.

ostre-przedmioty-b-iext27917640 Przygodę z Gillian Flynn rozpoczęłam na odwrót – od jej najnowszej pozycji, czyli „Zaginionej dziewczyny”, przez „Mroczny zakątek”, aż do jej debiutu, czyli „Ostrych przedmiotów”. Gdyby nie wcześniejsze zetknięcie się z tą świetną autorką, to z pewnością przekonałaby mnie rekomendacja Harlana Cobena, który nazwał tę książkę „dowcipnym, eleganckim i fascynującym debiutem”, a samą autorkę „prawdziwym objawieniem”. Czy potrzeba czegoś więcej? Tylko dobrze podanej, porządnej historii z dreszczykiem. W tej pozycji to znajdziemy. 

Camille Preaker, dziennikarka chicagowskiej gazety, wraca do rodzinnego miasta, aby napisać artykuł o dwóch zamordowanych dziewczynkach. Ring a bell? Skojarzenie nasunęło się samo, czyli Alicja Tabor z „Ciemno, prawie noc”. Jeśli dodamy do tego fakt, że dziennikarka musi zmierzyć się z wydarzeniami z przeszłości, między innymi ze śmiercią siostry, to podobieństwo wydaje nam się naprawdę spore. Ale na tym ono się kończy. 

Camille ma za sobą pobyt w klinice psychiatrycznej, do której trafiła po wieloletnim okaleczeniu swojego ciała. Praktycznie całe pokryte jest bliznami, wyrytymi napisami, które sygnalizowały jej uczucia i i myśli w krytycznym momencie. 

Bo ja lubię się okaleczać. Tnę się, chlastam, wyrzynam, szatkuję, robię sobie sznyty. Jestem bardzo osobliwym przypadkiem. Mam w tym swój cel. Moja skóra krzyczy. Jest pokryta słowami – kucharz, ciastko, kiciuś, loczki – jak gdyby jakiś wyposażony w nóż amator uczył się pisać na moim ciele. Czasami, ale tylko czasami, się śmieję. Wychodząc z kąpieli, dostrzegam kątem oka wyryte na swej nodze słowo lalunia. Naciągam sweter i na nadgarstku widzę szkodliwy. Po co te słowa? Kilka koncepcji przyniosły tysiące godzin terapii z dobrymi specjalistami. To przeważnie kobiety, które działają w zgodzie z teoriami rodem z elementarza, opartymi na różnicach między szparką i ogonkiem. Albo nie ukrywają negatywnego nastawienia. Na swej skórze mam wyrytych jedenaście synonimów niepokoju. Pewność mam tylko co do jednego – że wtedy niezwykle ważne było, bym widziała na sobie te litery, a nawet nie tyle widziała, ile czuła. Na moim lewym biodrze płonie wyraz halka.

Szybko dowiadujemy się więc od czego pochodzi tytuł „Ostre przedmioty” – od rzeczy, którymi bohaterka się cięła i których szukała, gdy znajdowała się w nerwowej i napiętej sytuacji. A powrót do wiktoriańskiej, surowej rezydencji w Wind Gap i matki, chłodnej, wręcz nienawistnej kobiety, nie wpływał dobrze na kruchą i wrażliwą istotę, jaką była Camille. Dlaczego więc tam wróciła, dlaczego nie uciekła, skoro wiedziała, że z powrotu nie wyniknie nic dobrego? Chciała udowodnić sobie oraz szefowi, że dziewczyna, która się tnie, także potrafi poważnie zająć się tematem. 

Nie trzeba być psychologiem, żeby stwierdzić, że zaburzenia Camille są wynikiem traumatycznych wydarzeń z dzieciństwa oraz złymi stosunkami z matką, która nie poświęcała jej uwagi, a faworyzowała jej dwie młodsze siostry. Po śmierci jednej z nich jej uwaga skupia się na 13-letniej Ammy.

Przez pewien czas tłumaczyłam sobie, że dystans Adory to postawa obronna, jaką przybrała po śmierci Marian. Ale tak naprawdę myślę, że ona zawsze miała z dziećmi więcej problemów, niż kiedykolwiek była w stanie znieść. Sądzę, że w rzeczywistości ich nienawidzi. Wciąż powraca do mnie, nawet teraz, to uczucie zazdrości, to oburzenie. Z jednej strony przypuszczalnie podobało się jej to, że ma córkę. Założę się, że kiedy była dziewczynką, marzyła o tym, że kiedyś zostanie matką, będzie rozpieszczać swoje dziecko i wylizywać je tak, jak kot chłepce mleko. Z taką właśnie żarłocznością podchodzi do dzieci. Osacza je. Na pokaz nawet ja byłam jej ukochanym dzieckiem. Kiedy minął okres jej żałoby po Marian, paradowała ze mną po mieście, uśmiechała się i żartowała, a nawet łaskotała mnie, rozmawiając z ludźmi na chodniku. Jednak po powrocie do domu znikała w swoim pokoju, jak niedokończone zdanie, a ja siedziałam na korytarzu, z twarzą przyciśniętą do jej drzwi, i rozpamiętywałam cały dzień, zastanawiając się, czym mogłam ją urazić. 

Ammy jest słodka i dziecinna. Ale tylko dla mamy – poza domem twardą ręką rządzi szkołą i swoimi przyjaciółkami, jest wulgarna i nie obcy jest jej seks i narkotyki. Ammy jest sprytna albo zaburzona, tak jak jej siostra i matka. Jej postać jest lekceważąca, przesadzona. Kokietuje i manipuluje rodzicami, pragnie uwagi i jest zazdrosna o tą, jaką poświęca się zmarłym dziewczynkom i jej siostrze.

W szyderstwie Ammy wyczułam powiew desperacji i niewinności. Jak wtedy, gdy skarżyła się przy śniadaniu: „Szkoda, że to nie ja zostałam zamordowana”. Amma nie życzyła sobie, aby komukolwiek poświęcać więcej uwagi niż jej. A na pewno nie dziewczynkom, które nie mogły jej dorównać, kiedy jeszcze żyły.

Autorka powoli odkrywa karty, nie toczy się typowe śledztwo. Powieść nie przypomina typowego thrillera, a raczej powieść kryminalną połączoną z thrillerem psychologicznym. Postacie drugoplanowe są albo wyraziste albo tak mdłe, że zastanawiamy się, co mają wnosić do historii. Jest zagadka z przeszłości, jest rozwiązanie morderstw, wulgaryzmy i szybka lektura – coś, czego potrzebowałam po klasyce. Rozwiązanie zagadki było jednak zbyt proste, spodziewałam się, że zabójcą okaże się pozornie bezpłciowy statysta, ale okazało się, że historia nie była aż tak zagmatwana. Nie zmienia to faktu, że to kawał dobrej historii, która trafiła do mnie bardziej, niż „Mroczny zakątek”.