Zadie Smith – Londyn NW

Leah, Natalie, Nathan i Felix – cztery postacie, cztery historie, cztery oblicza Londynu

Leah jest w samym środku egzystencjalnego kryzysu – kłopoty z mężczyzną, matką i pracą nie ułatwiają jej życia. Jej przyjaciółka Nathalie nie wiadomo kiedy zamieniła się w sfrustrowaną matkę, choć niegdyś była przebojową prawniczką. Nathan, obiekt ich dziewczęcych westchnień, dziś jest kloszardem i narkomanem. A Felix, niezrealizowany filmowiec i życiowy nieudacznik ginie w przypadkowej bójce. Łączy ich jedno – NW, czyli północno-zachodni Londyn. Stamtąd pochodzą, tam dorastali.

259725-352x500

Zadie Smith jest ikoną brytyjskiego pisarstwa, więc nie mogłam się doczekać pierwszego zetknięcia z lekturą jej książki. Przeniosła nas do dzielnicy Londynu, którą zna od podszewki, co czuć, gdy odkrywamy każdy kolejny jej zakamarek. Bohaterowie są wyraziści, przesiąknięci dzielnicą, w której mieszkają, z której się wywodzą.

Autorka miesza style i tak – pierwsza część, o Leah jest napisana w tak chaotyczny i okropny sposób, że zniechęciła mnie do czytania na długie tygodnie. Druga część napisana jest już zgrabnie i toczy się, jak prawdziwa opowieść, co mi się podobało.

Bohaterów nie da się lubić. Są charakterystyczni, nie są miałcy, ale każdy z nich mnie wkurwiał. Jasne, los ciężko się z niektórymi z nich obszedł, każdy wydawał się mieć pod górkę, na siłę chcieli udowodnić, że miejsce pochodzenia ich nie definiuje, ale gdzieś ciągle kołatała mi się myśl, żeby wzięli się w garść! Bóle egzystencjalne nie wiadomego pochodzenia u ludzi, którzy dawno powinni być poskładani, to nie dla mnie.

Ale umęczyłam się okrutnie przy czytaniu.. Z pewnością sięgnę jeszcze po jakąś jej pozycję, ale tego pierwszego spotkania z nią nie uważam za udane.

Czytałam wiele recenzji tej książki i każda z nich wydawała mi się być lepsza od samej książki.

Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje tonący, jest drugi tonący, który się go chwyta.

Moja ocena – 5/10

***

Książka przeczytana w ramach Książki Miesiąca na Pingerowym Klubie Książki.

Reklamy

Sue Monk Kidd – „Czarne skrzydła”

Sarah Grimké jest środkową córką sędziego sądu najwyższego Karoliny Południowej, plantatora zaliczanego do elity Charlestone. Matka nazywa ją odmienną, ojciec twierdzi, że jest wyjątkowa. Na swoje 11 urodziny dostaje niecodzienny prezent – wyciągniętą z czworaków i obwiązaną lawendowymi wstążkami czarnoskórą Hetty, zwaną Szelmą. Sarah nie chce „takiego prezentu”, czuje, że drugiego człowieka nie można posiadać… To dopiero początek jej problemów.
Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, wspaniała powieść, która prowadzi nas w głąb do korzeni stanów południowych Ameryki, ukazując świat szokujących kontrastów, gdzie piękno współistnieje z brzydotą, a prawość towarzyszy na co dzień okrucieństwu. To nowe spojrzenie na problem niewolnictwa, niezwykła pochwała siły przyjaźni i siostrzanej miłości, wbrew wszelkim przeciwnościom losu, świadectwo walki o wolność i prawo do głosu.

299855-352x500

„Człowiek buntuje się w każdy możliwy sposób”

Sue Monk Kidd poznałam jako autorkę wspaniałego „Sekretnego życia pszczół” – powieści, do której wracałam kilkakrotnie, ciągle poznając ją na nowo i im starsza byłam, tym częściej zwracałąm uwagę na inne szczegóły czy wartości. Natomiast „Opactwo świętego grzechu” raczej mnie rozczarowało i nie miało w sobie tego szczególnego klimatu, do którego przyzwyczaiła mnie autorka.

Prawda jest taka, że uwielbiam temat amerykańskiego niewolnictwa, fascynuje mnie Południe tamtych czasów, a serial „Północ-Południe” oglądałam kiedyś z wypiekami na twarzy w niedzielne popołudnia. Sue Monk Kidd trafiła więc do mnie już opisem powieści.

Narracja pierwszoosobowa prowadzi nas przez wydarzenia, które dotyczą Szelmy, czyli czarnoskórej niewolnicy, która jest zuchwała i sprytna, oraz jej właścielki, czyli panienki Sary. Panienka Sara nie jest taka, jak inni z jej otoczenia – nie chce mieć niewolnicy, nie uważa jej za swoją własność i obiecuje jej matce, że kiedyś zwróci jej wolność. Uczy ją czytać i pisać, co w pewien sposób pomaga w zrealizowaniu tego planu..

Jest to w gruncie rzeczy opowieść o dwóch niewolnicach – Szelma była zniewolona fizycznie, nie mogła decydować sama o sobie, natomiast panienka Sara była niewolnicą swoich czasów i wyobrażenia o kobietach z Południa – cichych, spokojnych, uzależnionych od mężczyzn, bez prawa głosu, całkowicie podporządkowanych panującym zasadom społecznym.

Mimo tego, że wiele je dzieli, te dwie niezwykłe kobiety połączyła przyjaźń, a to, co je łączyło, to pragnienie wolności, trochę butna natura i marzenia, w które wierzyły i które spełniały.

Moja ocena: 8/10, nie przebiła jednak „Służących” i „Domu służących” (tę pierwszą nie muszę nikomu polecać, ale drugą za to serdecznie, wręcz namawiam do czytania!).

***

Książka przeczytana w ramach Książki Miesiąca na Pingerowym Klubie Książki.