Maria Semple – „Gdzie jesteś, Bernadette?”

Bernadette Fox nie cieszy się dobrą reputacją. Jej własny mąż, guru w środowisku Microsoftu, uważa, że jest niesłychanie uparta. Zdaniem sąsiadów i rodziców ze szkoły jej córki, przynosi hańbę miastu i szkole. Dla orłów designu jest genialną rewolucjonistką w dziedzinie architektury. Dla swojej piętnastoletniej córki, Bee, jest najlepszą przyjaciółką i, po prostu, mamą.
Nagle Bernadette znika.

285037-352x500 Bernadette Fox jest genialnym architektem, który wycofał się z życia zawodowego, mieszka w starej, przeciekającej budowli, która ma ciekawą historię, ma mądrą i uroczą córkę oraz równie genialnego męża, który pracuje w Microsofcie.

Nie jest jednak lubiana przez swoich sąsiadów, a i ona nie przepada za mieszkańcami Seattle, w szczególności jeśli chodzi o kierowców. Nie uczestniczy w życiu super-szkoły, do której uczęszcza jej córka, w wielkich okularach i chustce przyjeżdża po nią i ucieka.

Co jest z Tobą nie tak, Bernadette? To pytanie nasuwało mi się podczas lektury. Ekscentryczna kobieta z pewnością miała depresję, wycofała się z życia publicznego do tego stopnia, że powierzyła wszelką organizację życia wirtualnej asystentce z Indii, która okazała się rosyjską mafią..

Brzmi ciekawie? A to tylko zalążek tego, co dzieje się w tej książce. Antarktyda, konferencje TED, dom, który spłynął w błocie, jeżyny, FBI i zakład psychiatryczny to jedne z wielu haseł, które można dopasować do tej pozycji.

Jest to satyra na współczesną rodzinę, pełna humoru (co nie dziwi, skoro Maria Semple jest autorką jest scenarzystką popularnych sitcomów  i ciętych ripost powieść epistolarna, którą należy przeczytać, bo już niedługo zostanie zekranizowana.

Krystyna Chiger, Daniel Paisner – „Dziewczynka w zielonym sweterku”

Zielony sweterek istnieje do dziś. Jest eksponatem w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu.
Prawdziwa historia Krystyny Chiger – żydowskiej dziewczynki, której życie w czasie wojny ocalił Leopold Socha – polski kanalarz ze Lwowa. Przez 14 miesięcy pomagał i dawał schronienie ukrywającej się w kanałach grupie uciekinierów z getta. To, co wydawało się okazją do zarobku, stało się jednak heroiczną walką o życie ludzkie…

Tytułowa dziewczynka to ośmioletnia Krysia, która opowiada o pobycie w lwowskim getcie i codzienności w cuchnących kanałach. Jej historia jest pełna kontrastów – między przedwojennym, luksusowym życiem rodziny Chigerów a miesiącami spędzonymi w ciemności, brudzie i wilgoci. Ta książka jest zadziwiającym i budzącym nadzieję dowodem siły ludzkiego charakteru. Jest w niej wszystko: strach, rozpacz, miłość, modlitwa, zdrada, nadzieja, intymność…

352x500

Sądziłam, że czeka mnie ciężka lektura – mimo ważnych tematów nie przepadam za książkami o tematyce wojennej albo osadzonej w tych czasach, bo przeważnie ciężko mi się ją czyta, a i potrzebny jest na takie lektury czas i skupienie. Zaskoczyło mnie to, że jest tak dobrze napisana (zredagowana?), podzielona rozdziałami sprawiała, że szybciej się ją czytało, nie przynudzała (pardon!) detalami, skupiła się na historii „Dziewczynki w zielonym sweterku”.

A dziewczynką tą jest Krysia Chiger, Żydówka z Lwowa, która wraz z rodziną trafia do getta, a później na Leopolda Sochę, drobnego złodziejaszka, którego nawróciła dobra żona i córka, a który pomaga im zejść do kanałów i tam przeżyć. Poldek, jak nazywali go „kanalarze”, widział w nich szybki zarobek, ponieważ płacili mu za możliwość schronienia, za pomoc i za jedzenie, które codziennie dostarczał wraz z innymi, którzy skłonni byli przez czternaście miesięcy ukrywać prawdę i podporządkować swoje życie do rytmu dnia (a raczej nieustającej nocy) osób ukrywających się w kanałach.

Znamienne jest to, że rodzina Chigerów cierpi za swoje pochodzenie, a nie jest zbytnio religijna.. Skupiają się raczej na tradycji, kulturze, ale nie na modlitwach. Kiedy przestaje obowiązywać pakt o nieagresji to właśnie ich pochodzenie i wyznanie sprawi, że będą musieli walczyć o przetrwanie.

Jak silna jest wola walki? Ta lektura świetnie to pokazuje. Boli w pewnych momentach, skłania do refleksji. Ukazuje też jak musiała żyć ze sobą grupa ludzi, którzy w normalnych warunkach nawet by się ze sobą nie zetknęli, nie minęli na ulicy. Do czego popycha ich wola walki, zaszczucie, wszechobecny brud, smród, szczury i strach o własne życie.

Właśnie pojmowałam, że w naszym życiu nie ma miejsca na łzy. Później, kiedy ukrywaliśmy się w kanałach, blisko ulicy, na której bawiły się dzieci, nie mogłam płakać, bo zdradziłabym naszą obecność. Ale tutaj, widząc, jak moją kuzynkę i moją babcię zabierają na pewną śmierć, miałam oczy przepełnione łzami. Rodzice starali się być tacy dzielni, tacy silni. Byli tak skupieni na staraniach o przetrwanie naszej czwórki, że zbyt głęboki żal po tych, których straciliśmy, mógłby ich oderwać od celu . Nie musieli mi o tym mówić. Wszyscy byli bardzo smutni, myśląc, co spotkało Inkę i babcię, myśląc, co mogło się z nimi dziać potem, ale tylko tyle miejsca na smutek mogło być w nas. Usunęliśmy smutek z naszych umysłów. Nie dlatego, że nie kochaliśmy naszych bliskich, czy nie troszczyliśmy się o pamięć o nich. Nie z powodu braku szacunku albo obojętności. Nie – ponieważ nie było już więcej miejsca na łzy. Nie można było jawnie okazywać smutku. Nie w getcie, już nie. Dlaczego? Ponieważ każda osoba wokół przeżywała własny smutek. Wszyscy byliśmy świadkami, jak nasi bliscy, nasi przyjaciele byli zabierani na rzeź. Mogliśmy być pogrążeni w rozpaczy, ale w tym samym czasie mieliśmy nadzieję, że nie będziemy następnymi.

Dziwny dysonans odczuwałam czytając tę książkę – był upał, ja na czwartym piętrze, blisko słońca, kiedy oni tam na dole, w lwowskich kanałach walczyli o życie. Wrażenie zrobiło na mnie również to, że działo się to w Lwowie – tam mieszkała moja babcia w czasie wojny. Może chodziła po tych samych ulicach? Może stawiała kroki na włazie do kanału? Nigdy się tego nie dowiem.

Potrzebna lektura, tym bardziej wstrząsająca, że prawdziwa, a jej bohaterką jest siedmioletnie dziecko, które musiało przedwcześnie dojrzeć i stawić czoła życiu, opiekować się młodszym bratem, nieustannie kontrolować swoje emocje. Moje wydanie książki uzupełnione było o dalsze losy bohaterów.

Cóż więcej można powiedzieć? To ludzie ludziom zgotowali ten los..

Czeka mnie także seans „W ciemności” Agnieszki Holland – film opowiadający historię rodziny Chigerów i innych, żyjących razem ze szczurami w kanałach.

Alice Munro – „Jawne tajemnice”

Osiem wyjątkowych historii kobiet samotnych, zakochanych, samodzielnych lub bezradnych.
Każda z tych opowieści przepełniona jest intensywnymi uczuciami i emocjami, a Munro wydobywa je wszystkie z charakterystyczną dla siebie swobodą i melancholią. Kobieta żyjąca pośród górskich plemion, księżna snująca bajkową narrację w zrujnowanej kamienicy czy młoda wdowa, która z własnej woli udaje się do więzienia.

250549-352x500

Nagrodzony w 1994 Governor General’s Award zbiór opowiadań kanadyjskiej pisarki, która nie przestaje zaskakiwać, mimo ze tłumaczenia jej książek pojawiają sie na naszym rynku z coraz większa częstotliwością. Bohaterowie „Jawnych tajemnic” są tacy jak my, codzienni-niecodzienni, uchwyceni w jakimś momencie życia, uwikłani w niespełnione miłości, niemożliwe romanse i wywołujące poczucie winy zdrady. Munro jak zwykle trafnie i przejmująco o tym, ze życie zupełnie zwyczajne stawia najtrudniejsze dylematy.

Ktoś w recenzji napisał, że nie należy zaczynać przygody z noblistką od tej pozycji, bo jest najsłabsza. Szkoda, że nie wiedziałam tego wcześniej..

Oczywiście, doceniam to, że Munro przeplata różne formy literackie, że igra z czytelnikiem, zmienia sens opowiadania i ich bohaterów. Portretuje codzienność i głęboko skrywane tajemnice najróżniejszych kobiet, z pozoru zwyczajne wydarzenia, które nic nie znaczą, w czym przypominała mi Fannie Flagg, choć zapewne fanki Munro będą tym porównaniem głęboko oburzone.

Ale mnie te opowiadania zwyczajnie znudziły. Nie potrafię w nich znaleźć „tego czegoś”. Historie kobiet, często przesadzone, urwane w połowie, przeskakujące między momentami ich życia – tak, jakby te opowiadania były zajęciami z kreatywności – musisz sama znaleźć sens, wymyślić zakończenie, domyślić się, co się stało, że zakończyło się tak, a nie inaczej.

Dałam sobie czas na te opowiadania, nie czytałam ich na szybko, chciałam się wczuć i zrozumieć. Odniosłam jednak wrażenie, że Munro przelewała swoje pomysły na papier bez jakiegoś konkretnego planu, myślę, że przykładem może być tutaj opowiadanie o kobiecie uwięzionej w górskim plemieniu. Bohaterki, choć niby zwykłe, prawdziwe, w ogóle mnie nie obchodziły, nie poczułam żadnej więzi, żadnej nie polubiłam.

Podobało mi się nawiązanie do „Pikniku nad wiszącą skałą”, ale to opowiadanie było dla mnie niestety zupełnie niezrozumiałe, ciekawie się zaczęło i w końcu się ożywiłam i bum! Znowu zmiana scenerii, opowieść o innej kobiecie i jej mężu..

Z ośmiu opowiadań podobały mi się może dwa, resztę wspominam mgliście. Główne określenie? Nudne. Szkoda.