Bartek Dobroch, Przemysław Wilczyński – „Broad Peak. Niebo i piekło”

Czy wraz z tragedią na Broad Peak kończy się w Polsce himalaizm, jaki znaliśmy dotychczas?

Autorzy próbują odpowiedzieć na to pytanie, analizując krok po kroku najważniejsze wydarzenia podczas polskiej wyprawy na Broad Peak w 2013 roku. Przeprowadzają dramatyczne rozmowy ze świadkami wydarzeń, przyjaciółmi tragicznie zmarłych i ich rodzinami. Dokonują wiwisekcji etyki polskiego himalaizmu. Piszą też o granicach pasji, zastanawiają się, czy wspinaczka jest hymnem wolności, czy też raczej najwyższe góry powinniśmy nazywać Himalajami egoizmu?

                     Książka przeczytana w ramach „Książki miesiąca” na Pingerowym Klubie Książki.

279121-352x500Dwa lata po tragicznych wydarzeniach z Broad Peak, które przeżywała cała Polska, a w szczególności środowisko himalaistów i internauci wyżywający się na forach dyskusyjnych, sięgam po książkę opisującą je dokładnie i jestem zaskoczona.

Jestem zaskoczona, że jest to pozycja tak dokładna, rzetelna i nie zanudzająca detalami. Przecież wszyscy wiemy, co tam się stało. Do znudzenia, choć to brutalnie brzmi biorąc pod uwagę śmierć dwóch osób, wałkowano temat, wywiady z wszystkimi osobami związanymi ze sprawą, nabijano oglądalność reportażami i dywagacjami „co by było gdyby”.

A ta lektura jest świeża, rzetelna, bardzo wzruszająca. Do gór mam stosunek osobisty, ale to, w jaki sposób został opisany m.in. Maciej Berbeka wycisnął mi łzy z oczu . Książka ta jest bezstronna, obiektywna i nie oceniająca żadnej z podjętych „na górze” decyzji. Poznajemy każdego z uczestników wyprawy, /najmniej, a prawie wcale, Artura Małka, który nie zgodził się na rozmowę z autorami – Bartkiem Dobrochem i Przemysławem Wilczyńskim/, co doprowadziło ich na szczyt Broad Peaku, ich historię, rozmowy z bliskim, wspomnienia z tego tragicznego dnia.

Nie sposób ocenić postępowania uczestników wyprawy, ale książkę już mogę – jest napisana z rozwagą, pozwala choć trochę zrozumieć ludzi, którzy zginęli spełniając swoje marzenie. Wielkim plusem jest także rzetelne dziennikarstwo autorów, którzy starali się nie żerować na tragedii.

Świetna pozycja dla osób, które chcą poznać szerzej historię polskiego himalaizmu, zagłębić temat niegdysiejszej etyki wspinania się i porównać, czym różniły się wyprawy z lat 80-tych, a te dzisiejsze. Czy ta książka to próba odpowiedzi jaki jest sens himalaizmu? W pewnym sensie tak, ale jesteśmy tylko obserwatorami, którzy siedzą w ciepłym domu i prawdopodobnie nigdy nie będą musieli zmierzyć się z odmrożeniami, hipotermią czy wielkim zmęczeniem, które nie pozwala dalej iść.

„Góry nie znoszą gadulstwa.„

Cynthia Ellingsen – „Trzy panny młode”

Ta książka to prawdziwa gratka dla fanów Emily Giffin i Jennifer Weiner.
Ciepła opowieść o trzech kobietach: babce, matce i córce, które na pewnym przyjęciu weselnym złapały bukiet panny młodej. Jak się można było spodziewać, to wydarzenie odmieniło życie każdej z nich. Tematem powieści są pierwsze miłości i drugie szanse, przyglądamy się trzem pokoleniom panien młodych i dowiadujemy się, że miłość zawsze jest lepsza, gdy można się nią dzielić z rodziną.

292055-352x500 Z serii „Książki z biblioteki”, czyli książki, które niekoniecznie bym kupiła, ale podoba mi się okładka, wydanie albo zachęca mnie treść lub gdy potrzebuję czegoś lekkiego. Tak było i tym razem, choć nieco się rozczarowałam.

Byłaby z tego świetna, banalna komedia romantyczna:

– w roli uroczej, temperamentnej wdody, która dyskretnie dyryguje rodziną – June –  widziałabym Vannesę Redgrave lub Maggie Smith;

– w roli jej zagubionej, nieszczęśliwej córki – Kristine – która przeżywa kryzys w małżeństwie i sama nie wie, czego chce, widziałabym Diane Keaton albo Kate Winslet,

– w roli młodej, ambitnej wnuczki Chloe – niezawodną w takich komediach Rachel McAdams albo młodziutką i pełną uroku Lily Collins.

Po prostu już to widzę – trzy kobiety, każda z charakterem, z własnymi przygodami, pokonują ramię w ramię kolejne problemy, które pojawiają się im na drodze. Bo to, że będą trzy śluby, spojleruje nam już tytuł i okładka. To, że nie będzie łatwo sugeruje nam ilość stron – ponad 400 stron nie traktowałoby tylko o przygotowaniu do ślubów. Lekka, nieco naiwna, przewidywalna. Dobra lektura, żeby się odprężyć. Nie znajdziemy tak jednak nic nowego, wyjątkowego. To wszystko już było – w serialach, komediach romantycznych i nawet harlequinach.

Niektórzy porównują autorkę z Emily Giffin, wydaje mi się jednak, że autorka „Trzech panien młodych” nawet się do niej nie umywa, choć i Giffin można wiele zarzucić.

Na stronie lubimyczytac książka ta zaklasyfikowana jest jako „literatura piękna”. Kurczę, mam problem, bo ja dałabym ją do romansów i obyczajówek 🙂

Dla niewymagającej czytelniczki.

Stephen King – „Bezsenność”

Bohaterem powieści jest mężczyzna cierpiący na bezsenność, Ralph Roberts. Im krócej sypia, tym dziwniej postrzega świat i ludzi wydaje mu się, ze zaczyna widzieć ich aury, a także tajemnicze istoty towarzyszące zgonom jego znajomych i przyjaciół. Tymczasem miasto jest rozrywane społecznymi zamieszkami spowodowanymi powstaniem szpitala, centrum opieki, w którym dokonuje się m.in. zabiegów aborcji. Inspirują je zrzeszeni w Pro-Life obrońcy życia nie narodzonych dzieci. Na czele ruchu stoi człowiek obłąkany, sadysta skazany za znęcanie się nad własną rodziną. Planuje on zamach na centrum i zgładzenie przebywających tam ludzi. Jest wśród nich chłopiec, w którego rękach spoczywa los wszechświata. Tylko Ralph dzięki swoim niezwykłym zdolnościom postrzegania może ich ocalić…

352x500 (1) Książkę przeczytałam w ramach Książki Miesiąca na Pingerowym Klubie Książki, który prowadzę razem z Lolantą. Zapewne i tak bym do niej dotarła, bo mam wielki sentyment do Kinga i co jakiś czas do niego wracam.

Uwielbiam Kinga, bo jest co uwielbiać. Potrafi podać najbardziej niewiarygodną historię w taki sposób, że jestem skłonna w to uwierzyć, ba!, zakochać się w bohaterach i z zapartym tchem śledzić ich losy. Dlatego ciężko mi przyznać, że ta książka jest dla mnie jedną z najsłabszych, jakie przeczytałam tego autora. Po jej przeczytaniu jestem skłonna uwierzyć w głosy ludzi, którzy twierdzą, że King jest zwyczajnie cholernie dobrym rzemieślnikiem. Bo tak, widać ogrom pracy przy tej książce, ale im głębiej, tym bardziej traci sens. Jest to ponad 600 stron historii, która nie porywa. Nie wiem, w którą stronę chciał iść King – czy miał być to horror (bo nie przestraszył w ŻADNYM momencie), czy thriller? Czekałam, aż historia nabierze rozpędu, ale snuła się, tak jak bohater – była nudna, a jej tytuł jest przekorny, no naprawdę mnie uśpiła. Recenzja krótka, ale nie mam nic więcej do dodania..

Zoe Carter – „Niedoskonałe zakończenie”

Pewnego dnia Zoe dowiaduje się, że jej piękna, inteligentna i niezależna matka, zmęczona chorobą Parkinsona, postanawia zakończyć życie. Chce, by jej trzy córki były wtedy przy niej. Przerażona perspektywą utraty matki i prawnymi konsekwencjami uczestnictwa w jej samobójstwie, Zoe robi wszystko, co w jej mocy, żeby odwieść matkę od tych planów. Ale Margaret nie rezygnuje. Pragnąc być „dobrą córką”, Zoe wchodzi w konflikt z siostrami. Trzy kobiety zastanawiają się, czy i w jaki sposób pomóc Margaret, i kto powinien zostać z nią do końca. Poznajemy historię rodziny zdominowanej przez elegancką matkę i niewiernego ojca. Dylematy pokolenia, które jednocześnie opiekuje się podupadającymi na zdrowiu rodzicami i małymi dziećmi, pozwalają spojrzeć z nowej perspektywy na debatę o pomocy w eutanazji.

352x500

Narratorką powieści jest Zoe, jedna z córek Margaret – chorej na Parkinsona kobiety, która postanowiła odejść na własnych zasadach. Pojawia się również Hannah oraz Katherine, jej pozostałe córki. Z każdą z nich łączą ją trudne relacje, a i one mają odmienne zdanie i odczucia co do jej przewidywanej daty śmierci.

Temat trudny, więc spodziewałam się ciężkiej przeprawy, dlatego zaskoczyło mnie to, że temat potraktowany lekko (a może to zasługa języka autorki?). Córki „wpadają” do chorej matki z wizytą, a codzienna opieka spada na opiekunki, które dopiero na samym końcu są poinformowane o planach swojej pracodawczyni. Rozdziały przeplatane są wspomnieniami z dzieciństwa, z którego wyłania się obraz niedoskonałej rodziny – niewiernego, aczkolwiek ujmującego ojca, który zmarł 7 lat temu, eleganckiej matki, której nie kochała matka, Zoe, którą matka wpędziła w anoreksję i jej sióstr – mocnych kobiet, które idą swoją drogą. Matka steruje ich życiem przez rok, organizując spotkania „przy łożu śmierci”, wyznaczając swoją datę śmierci, a następnie ją odwołując. To opowieść o tym, że Margaret tak naprawdę nie chce umierać, ale nie może znieść tego, że nie może kontrolować swojego ciała, chce więc odejść, póki sama może o tym zdecydować.

Zakończenie jest tak naprawdę optymistyczne, choć przyznam, że parsknęłam śmiechem, kiedy okazało się, że po nocy ostatecznej rodzina budzi się i okazuje się, że matka jednak nie umarła. Przemyślenia poranionej Zoe wzruszały mnie jednak niejednokrotnie. Co byście zrobiły, gdyby Wasza piękna, niezależna i piekielnie inteligentna matka zadzwoniła do Was prosząc o pomoc w popełnieniu samobójstwa? Ja nie wiem, ale wiem, że potrzeba dużej mądrości i zrozumienia, żeby pozwolić komuś odejść, nie przerzucając na niego swoich uczuć. Historia poruszająca, a także oparta na faktach.