Izabella Frączyk – „Dziś jak kiedyś”

Aleksandra to świeża rozwódka. Widok twarzy byłego męża nie należy do najmilszych. By go więcej nie spotykać, rezygnuje z dotychczasowej pracy, w której mijali się codziennie. O nową nie jest tak łatwo, ale od czego ma się koleżanki i notesy pełne kontaktów. Z pomocą przychodzi najlepsza przyjaciółka i proponuje posadę w ulokowanej na prowincji starej wytwórni win. Wizja sielankowego spokoju, biurowej posady i rabatu na dobre trunki jest bardzo kusząca. Ola długo się nie zastanawia, bo ma nadzieję zebrać tam siły, aby wrócić do gry w wielkim mieście. Na miejscu okazuje się, że wytwórnia win to nic innego jak fabryka jednych z najtańszych jaboli, a miasteczko zatrzymało się w głębokim PRL-u i ukochane najdroższe buty muszą wylądować w szafie. Tylko kto powiedział, że życie za rogi łapie się tylko w wielkim mieście?

176008-352x500 Książka Izabelli Frączyk jest ostatnią pozycją z mojego aktualnego stosiku, który przywlokłam z biblioteki. Często łapię książki „na oślep”, jeśli podoba mi się okładka, znam nazwiska autora albo zaintrygował mnie opis z tyłu obwoluty. Tutaj zadziałało znane mi nazwisko – czytałam już „Pokręcone losy Klary” i choć jej losy jakoś szczególnie mnie nie zachwyciły, to stwierdziłam, że będzie to doskonała lektura na jeden wieczór, kiedy chcę odpocząć od innych lektur. I nie zawiodłam się.

Pani Frączyk przedstawia nam znany schemat – doskonałe życie z doskonałym mężem rozsypuje się z dnia na dzień, a nieszczęśliwa rozwódka zostaje bez męża, luksusów i pracy. Wyjeżdża, oczywiście na wieś lub małe miasteczko i tam zachodzi w niej zmiana – zauważa, że stare życie było puste i jałowe, a nowe wcale jej już tak nie uwiera. I jest też oczywiście miłość! Potencjalnie dwie, ale jeden poczciwiec zawsze wytrzymuje do końca…

Tutaj mamy także nagromadzenie niesamowitych akcji – wypadki, zabójstwa, jeszcze raz wypadki, budowy domu i rozkręcanie firm, rozpoczynanie wszystkiego od nowa. To wszystko dało taki efekt, że czytając miałam wrażenie, że ta książka to połączenie filmu „Pieniądze to nie wszystko”, książki Grocholi „Nigdy w życiu” i książek Moniki Szwai. Czyli wszystko na plus, jeśli przymknie się trochę jedno oko i pozwoli wciągnąć się lekturze, którą czyta się szybko i przyjemnie.

Christer Mjåset – „Lekarz, który wiedział za dużo”

Na kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem, podczas wieczornej śnieżycy młody lekarz Mads Helmer odkrywa rozbity samochód swojego szefa Aldusa Caroliussena.

W ciągu następnych dni Helmer dowiaduje się wielu ciekawych rzeczy, które stawiają zmarłego – lekarza rodzinnego cieszącego się dużym autorytetem wśród miejscowych – w dwuznacznym świetle. Kim naprawdę był Caroliussen? Jak zginął? Poszlaki każą Helmerowi podejrzewać, że śmierć kolegi nie była przypadkiem. Wraz z córką zmarłego, Line Schönfelt, młody lekarz dostaje się do piwnicy Caroliussena, gdzie znajduje ogromne archiwum. W archiwum tym przez długie lata gromadzone były medyczne i pozamedyczne dane na temat pacjentów, nieraz boleśnie obnażające ich poczynania oraz fakty z życia.

352x500 Mała, norweska wyspa. Początek śnieżnej, posępnej i mrocznej zimy. W wypadku samochodowym ginie Stary Doktor – Aldus Caroliussen. Jego zwłoki odkrywa młody lekarz, którego zesłano na wyspę, by odpokutował śmierć swojej pacjentki, małej sąsiadki. Okazuje się, że Stary Doktor miał swoje sekrety i całkiem luźno traktował przysięgę Hipokratesa. Prowadził również swoją kartotekę na temat pacjentów, którą odkrywa w jego piwnicy Mads Helmer, a pomaga mu w tym córka zmarłego.

Wydawać by się mogło, że będzie to thriller idealny. Tess Gerritsen przyzwyczaiła mnie do tego, że thrillery medyczne są dobre i wciągające. Tutaj opis na okładce sugerował, że powieść wykracza poza prozę lekarską, oferując nam wartką akcję, sensację i wątki obyczajowe.

Wartka akcja? Dobre sobie! Z porywającą lekturą nie miało to nic wspólnego. Zmęczyłam te 450 stron chyba na złość sobie. Lektura podzielona jest na pięć części, a z czterech kompletnie nic nie wynika, bo nie toczy się żadne śledztwo, a całą akcję można by z powodzeniem zmieścić w jednej części, a tę wspaniałą intrygę można streścić w kilku zdaniach.

Dawno nie przeczytałam tak nudnej książki. Niestety.

Sarah Gruen – „Woda dla słoni”

Porywająca opowieść o niezwykłej miłości i wielkiej przygodzie, która na zawsze odmieniła życie wszystkich bohaterów. Jacob Jankowski to żywiołowy student weterynarii, jego świat przewartościowuje wiadomość o śmierci rodziców. Pod wpływem impulsu rzuca studia i przyłącza się do wędrownego cyrku, który staje się dla niego zarówno zbawieniem, jak i piekłem na ziemi. Z determinacją próbuje odnaleźć się w tym pełnym skrajnych emocji świecie, sytuację komplikuje jednak uczucie do pięknej Marleny, żony charyzmatycznego tresera Augusta.

Woda dla słoni to mądra, wzruszająca i zabawna powieść, barwni bohaterowie i porywająca narracja wciągają bez reszty.

woda-dla-sloni-b-iext3909410 O „Wodzie dla słoni” usłyszałam pierwszy raz kilka lat temu, gdy na ekrany kin wchodziła jej ekranizacja z Robertem Pattinsonem w roli polskiego studenta weterynarii, Jacoba Jankowskiego i Reese Whiterspoon w roli Marleny, żony tresera Augusta i gwiazdy pokazu cyrkowego. Zwiastun nie zainteresował mnie jednak na tyle, by obejrzeć film, a nadal hołduję zasadzie, że jeśli istnieje książka, to najpierw sięgnę po nią, żeby nie psuć sobie obrazu.

Tylko krótki zwiastun wystarczył, by bohaterowie i tak mieli twarze aktorów ich odgrywających. W wyobrażeniu sobie scen i miejsc pomogły mi zdjęcia, które znajdowały się w książce. Wrażenie było niesamowite i przypomniały mi się wszystkie filmy, jakie kiedykolwiek obejrzałam o cyrku, a także moje osobiste wyprawy, kiedy miałam 8 lat i wchodziłam do niego za darmo.

Mimo tego, że tematyka cyrku nie jest powszechna i mało kto może pochwalić się takimi przeżyciami, jak Jacob Jankowsi, to Sara Gruen stworzyła takie postacie, że ich historie wydają nam się prawdziwe, wcale nie przerysowane (nawet jeśli coś wydaje nam się takie, to kilka chwil w wyszukiwarce google może nam potwierdzić, że i takie rzeczy zdarzały się w historii cyrku, o czym wspomina sama autorka na końcu książki).

Podobał mi się styl pisania autorki, pokazała duże poczucie humoru i niektóre dialogi były mistrzowskie. Historia toczy się powoli, zmierza ku wydarzeniom, które komplikują wszystko i po których już nic nie będzie takie samo. Czytelnik spodziewa się tego, ale i tak jest zaskoczony rozwojem wypadków.

Jedyny bohater, z którym się zżyłam, to 93 letni Jacob Jankowski. Jako młody weterynarz i pracownik cyrku nie wywoływywał we mnie zbyt wielkich emocji, mimo tragedii, która go spotkała i szalonych uczuć, jakie nim targały przez cały ten okres. Uśmiech radości wzbudzała także Rosie, czyli słonica, która pozwoliła zakochanym na happy end. Bardzo podobało mi się natomiast zakończenie, bo szybciej spodziewałabym się śmierci Jacoba jako zgrabnego zakończenia tej historii. Okazało się jednak, że autorka pozostawiła tę furtkę otwartą..